Legenda o wiecznym głodzie

Wieczny głód

Legenda z czasów Wielkiej Wojny

Był rok 1811, gdy starym gościńcem z Tucholi przez Osie do Nowego maszerowały przez Bory Tucholskie oddziały francuskich wojsk. Miały one przygotować drogę dla głównych sił armii Napoleona, zgromadzonej do podboju Rosji. Wojsko to miało stanąć na wschodnim brzegu Wisty. By skrócić trasę przemarszu z Tucholi do Osią, ułożono przez środek lasu nową, szeroką drogę na wzór dawnych dróg rzymskich. Butni i brutalni żołnierze francuscy ściągnęli do pracy wszystkich drwali leśnych z tej części borów. Kazano im ścinać leciwe sosny i budować drogę.
Podczas gdy mieszkańcy borów z udręką i bez zapłaty wykonywali uciążliwe prace, francuscy żołnierze wygodnie kwaterowali w ich chatach. Najgorzej działo siew okolicach Tlenia. W tutejszej karczmie Francuzi stanęli na dłuższy pobyt. Wojsko nakazało zniwelować piaszczyste pagórki na drodze, wybrukować Jej podmokłe odcinki i wzmocnić nadwątlony most przez Wde, by mogły po nim przejechać ciężkie armaty. Do robót spędzono mężczyzn i kobiety z okolicznych osad. Mieszkańcy musieli ścinać drzewa, zwozić kamienie, wbijać pale, budować przeprawy i brukować odcinki drogi.
Do ich obowiązków należało też zapewnienie kwaterującym tu żołnierzom żywności z własnych zapasów. A Francuzi nawet w tak ubogich stronach prowadzili hulaszcze życie. Dzień i noc w miejscowej karczmie odbywały się zabawy. Zajęte były wszystkie pokoje gościnne, a na zewnątrz płonęły ogniska obozowe. Pijani żołnierze wrzucali snopy zbóż by zwiększyć płomienie ognisk. W największej sali francuscy oficerowie z nudów i dla zabawy wyjmowali miękisz z okrągłych bochnów chleba, a następnie turlali po podłodze jak kule. Stara i chora kobieta, która niezauważona przez nikogo siedziała w kącie sali, patrzyła ze zgrozą na to oburzające postępowanie. Wreszcie wzniosła chude ręce ku niebu i wezwała Boga, by pokarał niegodziwców wiecznym głodem. Kilku żołnierzy zrozumiało słowa modlitewnej prośby o pomstę, chwyciło ze złością starowinkę za włosy i wyrzuciło ją za drzwi. Tego biedna kobieta nie była w stanie przeżyć. Z bólem wyszeptała słowa „wieczny, wieczny głód” i serce pękło jej z rozpaczy. Pochowano ją bez rozgłosu na skraju lasu.
Przekleństwo kobiety miało się wkrótce spełnić. W mroźną zimę na przełomie 1812 11813 roku niedobitki francuskiej armii w chaosie uciekały na zachód. Żaden żołnierz nie nosił już pełnego umundurowania, a ubrania ich były obdarte i zabrudzone. Wojacy, jak tylko mogli, starali się schronić przed obezwładniającym mrozem. Stare lniane worki, podarte końskie derki, kobierce, kaftany ze skór kotów i psów służyły im za ubiór. Widziało się dumnych dawniej grenadierów ubranych w brudne kożuchy i kirasjerów w spódnicach. Niewielu miało też hełmy i wojskowe czapki. Nakrycia głów były różnorodne – głęboko naciągnięte na oczy szlafmyce, uszy osłonięte przepaskami z ręczników lub kożuchów. Mimo tych zabezpieczeń większość żołnierzy miała odmrożone uszy i nosy, a w ich oczach widać było rezygnację. Rzadko który z Francuzów miał też buty – wielu miało nogi owinięte słomą, szmatami, skórami z tornistrów albo okryte filcem ze starych kapeluszy.

Tak, wycieńczeni głodem i mrozem, snuli się jak widma oficerowie i żołnierze pokonanej armii napoleońskiej po drogach Borów Tucholskich. Dzień w dzień, gdy zapadał zmierzch i zimowa mgła spowijała lasy dawnym gościńcem, wędrowały zagubione oddziały. Dziesiątki spośród tych nieszczęsnych żołnierzy znalazło na nim swoją śmierć. Chowano ich zaraz na poboczu traktu. Nie powinno więc nikogo dziwić, jeśli dziś znajduje się tu i ówdzie jeszcze ludzkie kości nakryte cienką warstwą ziemi. Przemarznięci i głodni żołnierze przychodzący do zagród rozsianych wśród cichych Borów Tucholskich wzbudzali litość, a ich cierpienia byty nie do opisania. Wiecznie byli głodni i zziębnięci – tak do dziś twierdzą mieszkańcy borów. Wprowadzeni do ogrzanego pokoju zbliżali się do gorącego pieca, jakby chcieli do niego wejść albo go objąć ramionami. Daremnie usiłowano ich od tego powstrzymać – wielu żołnierzy padało martwych od żaru pieca.
Inni umierali zaś z przejedzenia – gdy ktoś podał im choć suchego chleba, tak długo łapczywie go połykali, aż uchodziło z nich życie. To był właśnie wieczny głód zesłany przez niebiosa, skutek przekleństwa wypowiedzianego przez staruszkę z karczmy w Tleniu. Cierpieli na niego nawet francuscy jeńcy wzięci do niewoli w bitwie pod Lipskiem. Z głodu jedli oni pieczone na ogniu mięso padłych koni, choć otrzymywali obozowe racje żywnościowe. Ich głodu nic nie było w stanie zaspokoić.
Droga z Tucholi do Tlenia jeszcze dziś nazywana jest Traktem Napoleońskim. Jej wybrukowane odcinki koło Tlenia pamiątkami tych strasznych czasów i w pamięci potomnych pozostają słowa Arndsa: „z ludźmi, końmi i wozami tak pokonał ich Bóg”.

Na podstawie: R.A. Regliński, „Legendy Borów Tucholskich”, wydawnictwo Region, Gdynia 2001 oraz M. Ollick „Maltych i grapa” wydawnictwo LOGO, Tuchola 2007

Dodaj komentarz