Juhasy Borów Tucholskich – część 1

Juhasy Borów Tucholskich – część 1

Jak to drzewiej w pomorskiej puszczy bywało?

Przed setkami lat były Bory Tucholskie dziewiczą puszczą, prawie że bezludną. Tylko bartnik i łowiec zapuszczał się w głąb kniei, tropiąc grubego zwierza. Ulubiony był to teren książęcych łowów. Gdy Świętopełk zaszył się w kniej, to przez kilkanaście dni szukali go gońcy daremnie, by mu podać wieść o przyjeździe legata papieskiego. Królewskie musiały to być łowy. Mnóstwo niedźwiedzi, turów, dzików, wilków i jeleni przemykało z kniei do kniei i nawet pracowite bobry budowały swe kolonie na wartkich wodach Brdy, Wdy i Bielskiej Strugi.
Wilki były postrachem kupców, ciągnących z towarem książęcym traktem. Tylko wielkie obławy, napędzające je do „wilczych dołów” zdołały je na pewien czas przepłoszyć. Jeszcze dziś pamiętają starzy, jak samotne pustkowia otoczone były szczelnym ostrokołem, żeby bronić przed tym drapieżnikiem.

Drapichrusty w borze

I niejeden zły człowiek wsiąkał do kniei będący z mirem królewskim na stopie wojennej. Jako bartnik, dziki łowiec, lub samotnik wiódł tu żywot ściganego zwierza. Najchętniej jako rabuś tłukł się przy traktach królewskich, lub samotnych leśnych karczmach, wsłuchując się w skrzyp jadących wozów kupieckich. Jeszcze dziś dzieci truchleją przy opowieściach o napadach rabusiów na kupców gdańskich.

XVII wieczny pomorski chłop

Sumienie tych drapichrustów zbytnio nie dręczyło; inne prawa były w puszczy, a inne w osiedlach przyzwoitych ludzi. Nawet widać ich było można, jak ze skruchą zjawiali się w piątki w czerskim kościółku, aby brać udział w publicznych biczowaniach, który to zwyczaj stwierdza wizytator jeszcze w roku 1780. W niedziele i święta za to pofolgowali swym junackim duszom i zaraz po skończonym nabożeństwie w przykościelnych karczmach i gościńcach rozpoczynali tany, które przeciągały się przez całą noc, aż do rana – jak to ze zgorszeniem zapisuje wizytator. Tutaj te milczące, do głuszy kniei przyzwyczajone drapichrusty, wtórowały niesamowitym głosem rozmaite przyśpiewki – przeważnie sprośne – i frantówki, dopasowane do rytmu tańca, a najchętniej frantówkę o Borowickim, której fragment do dziś dnia między ludem się zachował:

Borowicka chora, chora,
Borowicki po doktora,
Borowicka w łóżku stęko,
Borowicki batem pęko.

 

Czasy wojen

A najlepiej wiodło się drapichrustom w tucholskiej kniei w czasach przewlekłych wojen, gdy ramię sprawiedliwości zwykle omdlewa. Tak było podczas wojen szwedzkich i napoleońskich, tak było przy upadku starej Rzeczypospolitej. Stary Fryc posłał do Borów kilkakrotnie cały pułk huzarów, aby systematycznymi obławami przepłoszyć i wilki i rabusiów. Podczas wojen napoleońskich napełniła się kniej nowym zbiegiem, dezerterem, któremu proch nie pachniał i plażyły odezwy tego typu, jak „Aufruf an mein Volk”. I znów pruscy żandarmi i landreuterzy urządzali obławy za tym cennym zbiegiem, aby go wsadzić w szeregi pruskiej landwery, ale niewiele wskórali.

Za to niezmiernie odważny był każdy drapichrust wobec niedobitków wielkiej armii, wracających z klęski rosyjskiej. Na nich wywarł swą zemstę za to, co robili ci i tamci i katrupił ich, gdzie się tylko dało. Odtąd pokazują w każdej niemal wiosce groby francuskich żołnierzy, których tutaj spotkać musiała nieszczęsna śmierć. Dotąd dużo w Borach krąży legend o Napoleonie i jego wojskach, a najwięcej- bo głodnemu chleb na myśli – o jego kasach wojennych.

Pierwsza wojna światowa i śmiały odwet leśnych oddziałów za krzywdy niemieckie

Podobnie było podczas wielkiej wojny i za czasów Ostschutzu. Kto nie słyszał o krwawych dziełach Jankowskich, Gnacińskich, Kleinschmidta i innych?
Kleinschmidt, jak prawdziwy juhas, pisał nawet groźny list do prześwietnego magistratu w Chojnicach
i zapędził go bodaj- nie wiem czy prawda- w kozi róg. Dzieci się chowały ze strachu na hasło: Kleinschmidt idzie! Przeważnie wszyscy ci hersztowie, którzy skupili nawet około siebie całe drużyny i rozmaite parady i hece urządzali przy leśnych karczmach – zginęli marną śmiercią.
Bandytyzm swój nazwali odwetem za krzywdy pruskie, wyrządzone polskim Borowiakom i szli na rabunek w imię przyszłej Polski. Ale to im nie przeszkadzało zapełniać swoje kieszenie cudzym mieniem i dla odmiany dać się we znaki nawet tym, co z pruską krzywdą nic nie mieli wspólnego.
Grentzschutz niemałą miał z nimi robotę.
Musiał przeprowadzić systematyczną pacyfikację Borów, rozkładając po kniejach liczne oddziały. Musiała być to sprawa nie lada, skoro w Berlinie w zakładzie wojskowym (Mittler u.S.) wydano książeczkę o tych bojach pt. Die Kämpfe mit den Aufständischen bei Tuchel. 

Sprawa Gnacińskich znalazła swój epilog dopiero przed sądami polskimi, a znamienne jest to, że obrońca chciał ich wystrychnąć na narodowych herosów. Dziś już akta się zamknęły i trawa i mech porosły na samotnych i nieznanych grobach borowiackich junaków. Jeno ślady kul w ścianach i świeża legenda przechowują pamięć o tym co było, aż nowe wypadki i nowe juhasy wniosą rozhowor w spokojne Bory.

 

 

Autor: Jan Karnowski

Zamieszczony powyżej artykuł pochodzi z „Mestwina”, dodatku do „Słowa Pomorskiego”, ukazywał się on w latach 1925-1934.
Mestwina w wersji cyfrowej znajdziecie m.in. w Kujawsko-Pomorskiej Bibliotece Cyfrowej.
Autorem artykułu jest znany regionalista Jan Karnowski.

Dodaj komentarz