Jak Rusław sekret przed nadobną Tomiłą odkrywszy, nieszczęście na swoich braci chrześcijan sprowadził, sam młode gardło też dając

Legenda o Rusławie i Tomile

Czyli prasłowiańska opowieść

W onych czasach pradawnych, gdy czcigodny biskup praski a nasz święty patron Wojciech z Sławnikowiczów, nawracał Prusów, moc żyła pogan między dzisiejszą Tucholą a Chojnicami, a i diabeł knieje tamtejsze widząc, rad wśród nich rezydował. Wszelko nie ulękła się takiego sąsiedztwa niewielka drużyna Chrystusowa, która przybyła do głuszy wraz ze swoim szlachetnym wójtem Mojmirem. Chcąc ogień świętej wiary niecić, pobudowała sobie „kościółek” oraz skromne domostwa na ostrowiu zewsząd okolonym jeziorem. Codziennie po trzykroć biły dzwony i codziennie też po trzykroć zbierano się na modły, by Panu Bogu i sobie przyjemność czynić. Nie spodobały się wszakże te, postępki srogiemu Spitogniewowi, który był ihumenem i wróżą nieodległej gromady pogańskiej. Ten-ci, wielce szpetnego charakteru słynąć, zaprzysiągł przybyszom śmierć i spustoszenie, tym bardziej iż miły ton dzwonowy do niepojętej wściekłości go doprowadzał. A jak się dalej działo?

Byłby ów służka pogańskich cielców rychło i bez przeszkód swe zamiary przeprowadził, gdyż łaknął ich spełnienia jak kania deszczu. Zebrał sporo luda, u których wzrok dziki i nóż w garści jednakim blaskiem nikczemnym świeciły. Chrześcijany jednak zwledziały się o mającej nastąpić napaści. Zburzyły most, z drewna wiodący na ich ostrów, a żeby kontaktu nie postradać ze światem wnet upletły ze skóry nowy, który tak zmyślnie ułożyły, iż w każdej chwili mogły go opuścić w głąb jeziora za sznur jakowyś pociągając.

Nie powstrzymało to na długo Spitogniewa. Jednego dnia, choć mostu pominionego nie mógł dojrzeć, ruszył popędliwie w kierunku tych, co chrztu świętego sakrament a wraz z nim moc ducha otrzymali. Nakazał swoim wilczysynom rzucić się w pław do jeziora, a kiedy tym ordynansem rychło przemienił ich w utopków, bo woda ich łacno zmogła, zawrzał jeszcze straszliwszym gniewem, niż wprzódy. Nie minęły dwie niedziele a już nasposobił wyprawę tym razem przedniejszego pomyślunku albowiem pogaństwo żyło wówczas łodzi, nie mówiąc o tym, że dla lepszego profitu wojennego jakby i częściej wzywało boga Trygława do pomocy. O, jakoż wszystko było daremne ! Jakoż daremne były złość pogańska i zamiar spustoszenia! Również łodzie potonęły i Pan Zastępów zlitował się nad nieborakami nieborakami z ostrowia, zwłaszcza, iż pięknie Go o to prosili, modły na klęczkach bezustannie czyniąc. Tedy zdumiał się bardzo Spitogniew. Czy by to onże Bóg Kryst z dalekiej Romy był aż tak mocen? A może Lelum – polelum jest nisza przyczyna tej sromoty bitewnej? Zali nie sprawił jej choćby święty bożek Trygław. mszcząc się, iż poniektóre ludzie doży dowinowego władyki Krysta przystępują? Tedy zdumiały się także bogobojne chrześcijany. Czy by to. możliwe było, że tak owi pływacze, jak potem łodzie jeziorowego bełtu pokonać nie mogą? A niby czemuś tak skwapliwie topiel wchłaniała gadów i wyglądało jakby ich ręka niewidoczna ciągnęła za kędziory lub kamień młyński dziergała im u gardzieli? Czyliż i woda jeziorna nie zdawała się w te razki dziwne rządka i słabonośna, snadź na owych zatraconych utopków pogańskich, od dawna już szykując zgubę? Przeca i kaczkę, nawet i deskę skrył odmęt, gdy gwoli eksperiencji spuszczono je na fale. Ale nie na samych zdumieniach się skończyło. Diabeł nie powstrzymał się przed sianiem kąkolu i nieznużony siał go teraz dwujgarścią. Spitogniew chytrze udał iż się już z wolą prawdziwego Boga pogodził a w umyśle podstępny spisek gotował. Miał on zaś córkę nadobnego oblicza, Tomiłą zwaną, i wiedząc, iż syn Mojmira, Rusław lubym wzrokiem ją obdarza postanowił płochą dzieweczkę użyć do swoich niecnych działań. Najpierw groził Tomili śmiercią, a później niby gniew tłumiąc obiecał zgodę na ślub, jeśli tylko latorośl wypyta Rusława, gdzie chrześcijany ów most cudaczny skrywają i w ogóle jakim sposobem. machina mostowa działa.I tak stało się nieszczęście.

Ilekroć bowiem Rusław przeprawił się przez jezioro, by spotkać się z dziewczęciem, owoż czyniło przeszpiegi. Wprawdzie zrazu odmawiał odpowiedzi, ale kiedy poganka przyrzekła sakrament chrztu przyjąć, skruszał i obiecał już nie mieć przed nią sekretu. 0, niebaczny! 0, nie znający natury niewieściej! 0, wiarołomny nadto, jako że ojcu nie dawno przysiągł, iż nawet na torturach nie zdradzi tego o czym mówić nie wolno!

Jednego dnia, gdy pogaństwo paliło wieczorem sobótki, a chrześcijany wilią świętego Jana wraz się radowały, spotkał się ze Spitogniewówną i wszystko jej szeptliwie wyznał. Nie byłoż szczęśliwego młodzieńca, niż ten, który wówczas w jego ciele zamieszkał i ramieniem krasną Tomiłę ogarnął. Dookoła, gdzie okiem sięgnąć, paliły się kupałowe ognie bijąc w niebo czerwonawym blaskiem, a pobok odprawiano wszelakie hulanki, gzów i śmiechu sobie nie żałując. Piszczała któraś dziewoja:

Oj, doda, moja doda,

da wziena wianek woda,

Oj, matuś mnie skrzyceli,

isaja, lado, ileli!

Piszczała zaraz po niej druga, opasana powrósłern z bylicy:

Oj, ni ja matulina,

ni ja tatulowa.

Kupalnocka gore,

bedem się lubować!

Wiele było takich śpiewek, nie w każdym słowie Bogu i Świętym Pańskim miłych.Wiele też było zabaw, o których, znając cnoty powaby, lepiej zamilczeć. Rusławowi wszakże podobały się owe śmiechy i gry, bo czy to jako wąsogolec był grzechu nie całkiem świadom, czy to zauroczyła go wybranka, kiedy ślepki chabrowe ku niemu zwracała. Panie, daj mu zresztą niebo, zwłaszcza, że gdy usłyszał dzwony na wyspie pożegnał Tomiłę i jeszcze na ostatnie modły w kościółku zdążył. Cóż jednak dalej? Dziki Spitogniew, usłyszawszy od córki prawdę o skórzanym moście, zebrał nocą swoich ludzi i z przeraźliwym krzykiem zjawił się na ostrowiu paląc, pustosząc i mordując tam wszystko. Nikt nie ocalał z braci chrześcijan. Pierwszy zginął od ihumenowej włuczni Rusław, który we śnie i nierozgarnięciu został ubity, co z kolei widząc, żalem zdjęta Tomiła śmierć sobie zadała, rzucając się do jeziora. Nie było domostw na ostrowiu, tylko zgliszcza i dymy. I nie było młodych tylko pamięć o ich nieszczęsnym miłowaniu, gdy oboje, choć serca im biły czysto nie zważali, iż jest to cnota nad cnotami trzymać język za zębami.

Na podstawie M. Ollick „Maltych i grapa” wydawnictwo LOGO, Tuchola 2007

Dodaj komentarz